Kategorie
Artykuły

Wewnętrznie rozsynchronizowani. Jak zestroić ciało z umysłem i odzyskać wewnętrzną równowagę (+ AUDIO).

9 min

Wewnętrznie rozsynchronizowani. Jak zestroić ciało z umysłem i odzyskać wewnętrzną równowagę.

Kliknij PLAY by odsłuchać tekst.

Żyjemy w wielkim pędzie. Takie czasy. Odhaczamy cel za celem, zadanie za zadaniem, obowiązek za obowiązkiem. Na wiecznym bezdechu, z wywieszonym jęzorem, wciąż coś rejestrujemy, weryfikujemy lub przetwarzamy. Za czymś gonimy, z czymś się zmagamy, coś otwieramy lub kończymy. Owa nieustanna gonitwa tępi naszą przytomność, wypacza postrzeganie i przyćmiewa zmysły. Bo nawet, jeśli zatrzymamy nasze rozpędzone ciała w ściśle określonej przestrzeni – dajmy na to, na fotelu u fryzjera, w samochodzie czy na wakacyjnym leżaku – nasz niezmordowany umysł galopuje dalej. Naprzemiennie błądząc pośród wspomnień z przeszłości i wybiegając w przyszłość, skutecznie odciąga nas od tu i teraz naszych żyć. Czy jest to problem?

Zważywszy na fakt, że życie wydarza się tylko tu i tylko teraz, a my rzadko wpadamy z wizytą, to tak, jest to problem. Tym bardziej, że nie jesteśmy z żelaza. Koniec końców, u każdego tolerancja na bodźce ulega wyczerpaniu i zaczynamy mieć wszystkich i wszystkiego serdecznie dosyć. I tak jak od zewnętrznych stymulantów możemy się tymczasowo odciąć, choćby zamykając za sobą drzwi toalety (oczywiście pod warunkiem, że wykażemy się heroizmem i udamy się tam bez smartfona), to drugi kanał nadawczy – ten w naszych głowach – pozostaje nadal aktywny. Całe szczęście i z nim potrafimy sobie kreatywnie radzić. Z moich obserwacji i własnego doświadczenia wynika, że do najpopularniejszych metod zagłuszających należą: otępianie zmysłów używkami, scrollowanie mediów społecznościowych, pracoholizm, spotkania towarzyskie, kompulsywne kupowanie, sprzątanie, trenowanie i/lub objadanie się oraz regularne zatapianie się w świat seriali. Powyższe rozwiązania nie są może idealne, niemniej, pod ich wpływem nasz wiecznie ujadający wewnętrzny głos skutecznie tumanieje i wreszcie, na chwilę, się… zawiesza. Uff!

Niestety, wyżej wspomniane strategie działają jedynie na krótką metę i niczego rozwiązują. A skoro nieustanne przesiadywanie w głowach tak bardzo nas męczy, może warto zrozumieć jak jesteśmy skonstruowani i co z tym fantem zrobić?

Człowiek w ujęciu holistycznym

Zgodnie z paradygmatem holistycznym jesteśmy jednością trzech wzajemnie wpływających na siebie obszarów. Oznacza to, że mamy fizyczne ciała, dzięki którym zmysłowo doświadczamy określonego przestrzenią świata. Mamy analityczne umysły, które płynnie poruszają się po linii czasu między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Wreszcie, mamy ducha (duszę, siłę życiową, świadomość), czyli wykraczający zarówno poza czas jak i przestrzeń ulotny, nieuchwytny i bliżej nieokreślony wymiar naszego jestestwa. Jeżeli przeciążymy lub zaniedbamy którykolwiek z nich, wpłynie to na wszystkie pozostałe dokładnie tak, jak ma to miejsce w przypadku naczyń połączonych.

Wewnętrznie rozsynchronizowani

Fundamentalną kwestią, na której wspiera się stabilna konstrukcja naszej psyche, jest świadomy kontakt pomiędzy ciałem i umysłem. Problem w tym, że ilość informacji i tempo w jakim żyjemy powodują, że jedno za drugim nie nadąża. W rezultacie ciało i umysł rozsynchronizowują się ze sobą, co negatywnie odbija się zarówno na nas, jak i na naszym otoczeniu. Po czym to poznamy? Tu posłużę się własnym przykładem.

***

Był chłodny, mokry, listopadowy wieczór. Jeden z tych wieczorów, kiedy to wychodzi się z domu jedynie pod przymusem. Jako, że miałam do załatwienia pilną sprawę, przemknęłam do samochodu nie rozglądając się na boki. Układając w głowie plan wieczoru, półprzytomnie omiotłam tylną szybę wzrokiem, uruchomiłam silnik i włączyłam wsteczny bieg. Wiedząc (choć nie widząc!), że nic nie może stać na mojej drodze, pewnie wcisnęłam pedał gazu. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, samochód zamiast gładko wysunąć się z garażu, mocno w coś uderzył. Gdy obróciłam głowę do tyłu, ujrzałam toczący się po podjeździe drugi samochód… Osłupiała, nie mogłam pojąć co się właściwie stało. Po chwili dotarło do mnie, że przecież odwiedził nas tata i jak zawsze zaparkował samochód na podjeździe…

***

Jak wynika z powyższej historii, pierwszym symptomem wskazującym na zanik kontaktu pomiędzy ciałem i umysłem jest stan, który powszechnie nazywamy „rozkojarzeniem”, „roztargnieniem” lub – jak kto woli – „rozproszeniem”. Objawia się zwykle w bardzo prozaicznych sytuacjach. Na przykład wtedy, gdy pogrążeni w myślach niechcący strącamy filiżankę ze stołu, wylewamy kawę na biurko, wchodzimy z impetem w przeszklone drzwi lub lustro, uderzamy biodrem o kant stołu, wdeptujemy w psią kupę, potykamy się o wystającą płytę chodnikową, rozcinamy palec krojąc pomidora lub – jak mnie się ostatnio przydarzyło – zatrzymujemy się na cudzym zderzaku. Jedni tłumaczą to przemęczeniem, inni traktują jako wrodzoną cechę.

Gdyby jednak dobrze się temu przyjrzeć, można zaryzykować stwierdzenie, że ciało i umysł nawykowo funkcjonują niezależnie od siebie[1]. Bo kiedy ciało, w teraźniejszości, dziarsko obiera marchewkę, pije kawę, spaceruje lub prowadzi samochód, nasz frywolny, nadaktywny umysł brodzi w odmętach przeszłości lub snuje plany na przyszłość. Wychodzi więc na to, że jedyny moment, w którym ciało i umysł rzeczywiście spotykają się w jednej i tej samej czasoprzestrzeni, to „chwila prawdy” przed lustrem. Niestety, relacja ciało – umysł w warunkach łazienkowych rzadko kiedy kończy się dobrze. Najczęściej, w tego typu sytuacjach, dochodzi do uwarunkowanych kulturowo nadużyć werbalnych względem ciała: „a że za grube, a że za chude, a że niezgrabne, a że za niskie, a że włochate, a że obwisłe, a że zniszczone, a że pomarszczone, a że… szkoda gadać.” A to wszystko jeszcze przed śniadaniem lub, co gorsza, tuż przed spaniem. Ot, i całe spotkanie! Naga prawda wygląda jednak zgoła inaczej! Warunkiem koniecznym by się o tym przekonać jest zsynchronizowanie ciała i umysłu w jednym punkcie w czasie.

Synchronizacja – powrót do teraźniejszości

Istnieje tylko jeden punkt w czasie, kiedy to ciało i umysł synchronizują się ze sobą i jest nim chwila teraźniejsza. Wynika to ze specyfiki naszego fizycznego świata. Umysł swobodnie przesuwa się po linii czasu pomiędzy przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, ale ciało zawsze istnieje w teraz (fizyczne przemieszczanie się w czasie to nadal domena science fiction). Nie sposób być w ciele – pisze autor Potęgi teraźniejszości Eckhart Tolle[2] – nie będąc zarazem w teraźniejszości. Stres, niepokój i negatywizm pojawiają się właśnie wtedy, kiedy umysł odwraca się od teraźniejszości i zrywa kontakt z ciałem – konstatuje. Jak więc uczynić umysł częstszym bywalcem teraźniejszości?

Oddech – kotwica teraźniejszości

Praktycy uważnego życia zgodnie twierdzą, że najbardziej intuicyjnym sposobem sprowadzania umysłu – czyli świadomej uwagi – do ciała i chwili teraźniejszej jest koncentracja na oddechu. Mając do wykonania to jedno proste zadanie, umysł może na chwilę zatrzymać się i odetchnąć. Nie musi nigdzie iść, niczego zmieniać, nic rozwiązywać, nic robić. Co więcej, kiedy ciało i umysł synchronizują się ze sobą – stają się jednością[3]. Naczynia zostają połączone, kontakt nawiązany a przepływ wznowiony. W ten prosty sposób przytomniejemy i stajemy się prawdziwie obecni, co przynosi nam wiele użytecznych korzyści, szczególnie w chwilach silnego wzburzenia. Sęk w tym, że sam moment przebudzenia bywa niezwykle gwałtowny i bolesny, o czym osobiście przekonałam się tamtego listopadowego wieczoru…

***

Tuż po uderzeniu, wciąż mocno zdezorientowana, wyskoczyłam z samochodu by ocenić zakres szkód. Ujrzawszy pokiereszowaną maskę, potłuczony reflektor oraz wgnieciony zderzak i błotnik, wypuściłam z siebie soczyste przekleństwo, mocno akcentując „r”. To dało początek całej litanii deprecjonujących i niecenzuralnych epitetów, które wypowiadałam pod własnym adresem. Nie wiedzieć czemu, w takich momentach, umysł z zadziwiającą łatwością porusza się po świecie synonimów:

– „Ty niezdaro, ty taka i owaka!” Co teraz?! Tak kretyńsko rozwalić dwa samochody! Jak mogłaś nic nie zauważyć?! Idiotka”. Z każdą kolejną myślą moje poczucie własnej wartości spadało, a poziom stresu wzrastał. Poczułam, że krew szumi mi w uszach, oddech przyspiesza a na wysokości mostka pojawia się nieprzyjemny ucisk. Gdy już, już miałam uderzyć w oficjalny lament, słono okraszony łzami wściekłości, bezsilności i poczucia winy, przypomniałam sobie o tym całym oddechu.

– „No, Kasiu”, – pomyślałam. -„Skoro wierzysz, że oddech to najlepsze lekarstwo w silnych stanach wzburzenia – to proszę. Łaskawie się zastosuj.” Na te słowa mój lekko oszołomiony umysł natychmiast oprzytomniał i nie przebierając w słowach dał mi dobitnie do zrozumienia, co na ten temat sądzi. I pewnie potraktowałabym jego szyderczą tyradę zupełnie poważnie, gdyby nie fakt, że czułam ciążącą na sobie odpowiedzialność. Przecież nie mogłam być żywym zaprzeczeniem tego, co z takim zapałem głoszę. Zrobiłam więc długi wdech i jeszcze dłuższy wydech. Potem jeszcze raz i jeszcze. Całą uwagę skierowałam na wpuszczanie i wypuszczanie powietrza z płuc. Przyznam, że w stanie w którym się znajdowałam, kosztowało mnie to naprawdę dużo wysiłku. Na moje szczęście, multitasking to mit. Umysł potrafi jedynie przerzucać uwagę pomiędzy czynnościami, ale nie jest w stanie kontrolować dwóch procesów jednocześnie. A skoro energia podąża za uwagą, nie było innej możliwości – moje myśli musiały odkleić się od napastliwej narracji, którą – w tle – usilnie serwował mi umysł.

Z kolejnym wydechem poczułam, że napięcie w moim ciele powoli puszcza. Siłą rzeczy ciało również musiało się rozluźnić, gdyż tak zaprogramowała je biologia. Pod wpływem kontrolowanego oddechu układ współczulny (pobudzenia) oddał stery w ręce przywspółczulnego, który zaczął wyhamowywać reakcję stresu w moim ciele. Spokój z ciała stopniowo zaczął przelewać się również do umysłu. Dzięki temu odzyskałam dostęp do zaawansowanych procesów myślowych. I postanowiłam trzymać się faktów:

 – „Co się stało, to się nie odstanie. Nie ma sensu płakać nad rozlanym mlekiem. Czy mi się to podoba czy nie, rozwaliłam tacie samochód.” Rzeczowe postawienie sprawy otrzeźwiło mój umysł, a kolejny oddech stworzył przestrzeń dla uczuć zrodzonych pod wpływem tej myśli. Okazało się, że pod złością wymierzoną przeciwko samej sobie, czułam głównie żal, smutek, strach i niedowierzanie. Pozwoliłam by moje ciało zareagowało adekwatnie do tego, co czułam. Z kolejnym wydechem, na krótko, pojawiły się łzy.

Gdy emocje opadły (bo taka jest ich natura), poczułam ulgę. Automatycznie w moim umyśle zrobiło się miejsce na następny krok – dostrzeżenie pozytywów tej niefortunnej sytuacji. Przede wszystkim, żaden z właścicieli samochodów, których bezpośrednio dotknął mój kompletny brak uważności, nie wściekł się na mnie. Co więcej usłyszałam, że „że muszę być uważniejsza, żeby nie przytrafiło mi się nic gorszego.” Przyznam, że w porównaniu ze zniewagami, które wypowiedziałam pod własnym adresem, były to podwójnie zaskakujące słowa. A skoro to główny poszkodowany zaczął pocieszać mnie – sprawcę zdarzenia – nie było wyjścia, sama również musiałam sobie odpuścić. Z tym poszło oczywiście trochę gorzej (umysł ciągle atakował mnie myślą: „Gdybyś tylko była spojrzała…”)., jednak pod wpływem mojego coraz spokojniejszego i coraz bardziej rozluźnionego ciała, jego natarczywy głos stawał się coraz mniej i mniej wyraźny. Wreszcie… poczułam, że wylądowałam na ziemi. Tym oto sposobem wyprowadziłam się z autodestrukcyjnej narracji i zdołałam zatrzymać samonapędzającą się spiralę stresu – niczym innym – jak właśnie oddechem.

Czy moja sytuacja uległa przez to magicznej poprawie? Nie bardzo. Oba samochody nadal były uszkodzone i nadal trzeba było je naprawić. Jednak wzięcie odpowiedzialności za swoje czyny, nie musi wiązać się z samobiczowaniem i umniejszaniem siebie. Każdy popełnia błędy. Głupie sytuacje (niestety) też się zdarzają. Nie ja pierwsza i nie ostatnia właśnie się o tym przekonałam. Zamiast jednak pastwić się nad sobą i rozjątrzać to, co się nie odstanie, potraktowałam to doświadczenie jako trudną, nieprzyjemną, ale i cenną lekcję. Od tamtego momentu ze wzmożoną uwagą analizuję otoczenie zanim ruszę samochód z miejsca.

Czy dzięki oddechowi poczułam radość, euforię oraz jednię z wszechświatem? Też nie. Nadal byłam przybita, rozżalona, rozczarowana i zła. Jednak dzięki temu, że odkleiłam się od nienawistnej narracji, skupiłam się nie na tym, jaka jestem beznadziejna, ale na faktach. Kontakt z rzeczywistością pozwolił wybrzmieć emocjom w takim kształcie, w jakim faktycznie się pojawiły. Zauważone i uznane zrobiły miejsce na zaplanowanie kolejnych kroków. Następnego dnia nadal czułam coś na kształt moralnego kaca, ale dużo łatwiej było mi sięgnąć po słuchawkę i rzeczowo załatwić sprawę z ubezpieczycielem.

***

Dobroczynne skutki odnalezienia się na osi czasu

Wychodzi więc na to, ze koncentrując uwagę na oddechu dyscyplinujemy umysł i oduczamy go automatycznego podążania za myślami. Sprawdza się to szczególnie wtedy, gdy dopadają nas silne emocje. Chyba, wszyscy możemy się zgodzić, że nienawistne, oskarżycielskie myśli pod własnym adresem niczego nie wnoszą, a jedynie pogarszają sytuację. Po pierwsze, odzierają nas z poczucia sprawczości. Po drugie, nie pozwalają znaleźć rozwiązania, które i tak trzeba w końcu znaleźć (albo znacznie opóźniają ten moment). Po trzecie, powodują, że stawiamy opór temu, co i tak już się zdarzyło. Cóż za ogromna strata energii i czasu! Co się stało, to się nie odstanie i żadne „gdybanie” ani obrzucanie siebie lub innych błotem tego nie zmieni. Smutne, ale prawdziwe.

Co więcej, świadomy oddech w silnych stanach wzburzenia tworzy w naszym wnętrzu przestrzeń zdolną pomieścić nawet najbardziej niewygodne uczucia. Nasza wewnętrzna przestrzeń kurczy się bowiem i rozszerza w zależności od tego na czym koncentrujemy uwagę. Im więcej miejsca stworzymy w nas samych, tym większą zyskamy odporność na stres. Podążanie za oddechem gruntuje nas w ciele i pozwala wybrzmieć emocjom wtedy, kiedy się pojawiają. Spokój z ciała przelewa się do umysłu, co daje nam dostęp do wiedzy i rozwiązań, które w silnych negatywnych stanach pozostałyby poza naszym zasięgiem.

Warto też pamiętać o samej biologii. Kontrolowany i świadomy oddech umożliwia płynne przełączanie się pomiędzy dwoma układami autonomicznego układu nerwowego (współczulnym – pobudzającym, czyli uruchamiającym reakcję stresu) i przywspółczulnym (wyciszającym, czyli wyhamowującym reakcję stresu)[4].

To nie wszystko. Pełna synchronizacja ciała i umysłu w chwili teraźniejszej sprawia, że mamy żywy kontakt z rzeczywistością, co przeciwdziała nieszczęśliwym wypadkom. Osoby, które uprawiają sport, szczególnie wyczynowy, doskonale wiedzą o czym mówię. Zjeżdżając rowerem ze stromego zbocza, uprawiając wysokogórską wspinaczkę, spływając kajakiem rwącym potokiem czy zjeżdżając na nartach, nie można sobie pozwolić na wspominki z liceum czy planowanie obiadu. Aby się nie roztrzaskać, trzeba być niezwykle przytomnym i skoncentrowanym na tym, co tu i teraz znajduje się na naszej drodze.

W naszym codziennym życiu jest dokładnie tak samo – nie brakuje górek, dołków, wystających korzeni, rwących nurtów, śliskich kamieni ani… innych samochodów. Kłopot w tym, że najczęściej uświadamiamy to sobie dopiero wtedy, gdy bezwładnie koziołkujemy przez trudność. Dzięki synchronizacji ciała i umysłu w chwili teraźniejszej, stoimy na straży własnej przytomności – przekonuje Eckhart Tolle. Nie eliminujemy przez to potencjalnych problemów i trudności, ale jesteśmy w stanie w porę je zauważyć i zareagować adekwatnie do tego, czego aktualnie doświadczamy.

To nie wszystko! Synchronizując ciało i umysł zawieramy między nimi swoistypakt o nieagresji. Zamiast żyć obok siebie i obrzucać się błotem, ciało i umysł zaczynają współpracować i wzajemnie się wspierać. Pamiętajmy – brak tolerancji względem ciała osłabia cały system. W konsekwencji, ze wszystkich naczyń połączonych wyparowuje życiodajna energia. Kiedy nasze ciało jest spięte, nasz umysł również jest niespokojny. Umysł potrzebuje ciała by wyciszyć myśli i zakotwiczyć się w chwili teraźniejszej, ciało potrzebuje umysłu by regulować swoją fizyczność.

Spotkanie z Obecnością

Jest jeszcze jeden ważny element tej układanki. Wytworzenie połączenia pomiędzy ciałem i umysłem, pozwala na dalsze zintegrowanie tych dwóch wymiarów z trzecim – duchowym. Bo to właśnie tu, na styku ciała i umysłu budzi się nasza świadomość.  Świadomość – jak tłumaczy Eckhart Tolle – to wykraczający poza myślenie i wyzwolony ze świata form stan czujnej obecności. Z chwilą kiedy bezpośrednio i z pełną uwagą łączymy się z tym co robimy, na co patrzymy, co słyszymy lub odczuwamy w ciele, nasze działania zyskują ładunek energii duchowej. To właśnie w tym konkretnym momencie spotykamy się z… Obecnością.

***

Synchronizacji ciała i umysłu poprzez oddech możesz dokonać na wiele sposobów. Medytacja, praktyki mindfulness, różnorodne techniki pracy z ciałem, joga, pranayama, tai chi, qigong – to tylko kilka przykładów z szerokiego wachlarza możliwości, które masz w zasięgu. 

Pamiętaj, że oddech jest z tobą zawsze i wszędzie i w każdej chwili możesz do niego wrócić. Gdy dopadną cię silne emocje, zrób sobie krótką przerwę na uważny oddech. Nawet 20 sekund świadomego oddychania może zatrzymać rozpędzony pociąg twoich myśli – twierdzi Thich Nhat Hanh.

Zamknij na chwilę oczy i zrób kilka głębszych wdechów i wydechów. Możesz na każdym wdechu i wydechu odliczać do 4. Skoncentruj swoją uwagę na doznaniach płynących z ciała. Znajdź konkretne miejsce w ciele, gdzie czujesz dyskomfort, ucisk lub parcie. To tu zagnieździły się twoje emocje. Poczuj, jak z każdym wydechem to miejsce oczyszcza się, a ciało rozluźnia. Problem, z którym się zmagasz nie zniknie, ale w ten sposób tworzysz w swoim wnętrzu przestrzeń, dzięki której łatwiej ci będzie pomieścić emocje i zatrzymać spiralę napędzających się myśli.

A więc gdy zasiadasz do komputera, stajesz w kolejce po zakupy, uruchamiasz silnik samochodu, parzysz herbatę, sznurujesz buty, chwytasz za telefon czy kroisz pomidora, zatrzymaj się na chwilę i weź jeden świadomy oddech. Wdech, wydech. Poczuj jak ciało i umysł synchronizują się ze sobą. Poczuj, że naprawdę jesteś. Właśnie tu. Właśnie teraz.

CO MASZ TERAZ NA SWOJEJ DRODZE…?


[1] Irini Rockwell, Pięć energii mądrości. Wydawnictwo Miroku. Kraków 2012

[2] Eckhart Tolle, Potęga teraźniejszości. Wydawnictwo Galaktyka, Łódź 2012

[3] Thich Nhat Hanh, Transformation and healing. On the four establishments of mindfulness. Wydawnictwo Rider Books. Londyn 1993

[4] Bessel van der Kolk. Strach ucieleśniony. Mózg, umysł i ciało w terapii traumy. Wydawnictwo Czarna Owca. Warszawa 2018

Przeczytaj także

Ujarzmić małpę - czyli jak zapanować nad własnym umysłem.
Czy dyskomfort jest zły, a święty spokój dobry?
Okiełznać stres. Aktualizacja systemu przetrwania w 10 prostych krokach. (+ AUDIO)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *