Kategorie
Artykuły

„Pragnij, proś, wierz, otrzymuj”. Odpuść, a samo przyjdzie…? (+ WERSJA AUDIO).

7 min

„Pragnij, proś, wierz, otrzymuj”. Odpuść, a samo przyjdzie…?

Kliknij PLAY by odsłuchać nagranie

W ostatnich latach na salony rozwoju osobistego oraz w świat biznesu weszła szeroko rozumiana duchowość, a z nią atrakcyjna koncepcja „manifestowania intencji”, czyli naszych najgłębszych dążeń, pragnień i celów. Siewcami i propagatorami tego zjawiska są liczni mówcy motywacyjni, przewodnicy duchowi, coachowie, trenerzy, autorzy, a także artyści i wybrani celebryci.

Wielu z nas zna historię Jima Carrey’a, który będąc jeszcze początkującym aktorem, własnoręcznie wypisał sobie czek na 10 milionów dolarów i dał trzy lata na jego realizację. I co? Tuż przed wyznaczonym deadlinem dostał główną rolę w filmie „Głupi i głupszy” i otrzymał czek na tę właśnie kwotę[1].

A skoro jemu się udało, to może i nam się uda? Większe mieszkanie, nowy samochód, zgrabne ciało, wymarzona praca, związek, dziecko, dom, zdrowie, podróże, gotówka w portfelu, kariera, sława, spełnienie? Kto by nie chciał?

Jednym z fundamentalnych założeń towarzyszącym zjawisku manifestowania intencji jest przypuszczenie, że myśli kreują naszą rzeczywistość. Dosłownie.

W dużym uproszczeniu oznacza to, że jeżeli należycie nazwiemy, zweryfikujemy i zwizualizujemy sobie nasz cel (= intencję), niezachwianie wierząc, że on już się w przyszłości zrealizował (czas jest bowiem względny), a następnie odpuścimy pragnienie, by ten cel się ziścił, to on – ten cel, ta intencja – samoistnie, bez przeszkód i zbędnego wysiłku z naszej strony w pełni się urzeczywistni, czyli zamanifestuje. Bo Wszechświat nam sprzyja i chce dla nas jak najlepiej. Proste? Proste.

Przy czym, należy pamiętać, że ODPUSZCZANIE jest kluczowym elementem tego procesu. Zbyt mocne położenie akcentu na samo „chcenie” (tj. pragnienie czegoś) w rzeczywistości skupia nas na braku (czyli na tym, że tego czegoś jeszcze nie mamy). A ponieważ przyciągamy do siebie to, na czym koncentrujemy uwagę, to „chcenie”, oddala nas od marzenia, zamiast do niego przybliżać. Tak działają (podobno) tajemnicze prawa wszechświata.

Reasumując, mamy wizualizować cel i odpuszczać „chcenie”, a sen się ziści.

Przyznam, że ten temat na tyle mnie zaintrygował, że od jakiegoś czasu namiętnie go eksploruję. Bezwysiłkowe, bezbolesne i samoistne manifestowanie pragnień, marzeń i życiowych celów z udziałem twórczych energii sprzyjającego i ociekającego obfitością Wszechświata bardzo mi się podoba. Szczególnie, gdy zestawiam tę koncepcję z protestancką etyką pracy, zgodnie z którą sukces należy się tym, którzy zasłużą sobie na niego własną krwawicą.

Zastanawiam się jednak, czy nie stąpamy tu po cienkim lodzie? Bo tak jak mogę się zgodzić, że energia podąża za uwagą, nasze myśli mają wpływ na to jak postrzegamy rzeczywistość, a silna koncentracja na celu i wizualizowanie efektu końcowego naprawdę go urealnia, to jednak SAMO SIĘ PRZECIEŻ NIE ZROBI….?

Praca sama nie zaczepi nas na ulicy z prośbą, abyśmy się w niej zatrudnili, nowy samochód nie podstawi na parking, dom sam nie wybuduje, pieniądze nie wsadzą do portfela, piosenka czy książka same nie napiszą, ciało nie wyrzeźbi, a nowy partner czy partnerka, ot tak, nie zapukają do naszych drzwi wyznając nam dozgonną miłość. Aby to wszystko mogło się wydarzyć (bo może), trzeba wykonać jakiś ruch… No tak czy nie?

Moje wątpliwości ostatecznie rozwiał Robin Sharma, światowej sławy autorytet rozwoju osobistego. W książce pt.: „Manifest codziennego bohatera” napisał wprost, że jeżeli nam się wydaje, że jakieś magiczne, zewnętrzne siły zainterweniują w naszej sprawie i wyręczą nas z realizacji naszych pragnień, to jesteśmy w grubym błędzie. Odpuszczania nie można bowiem mylić z BIERNOŚCIĄ.

Siedzenie na czterech literach, to siedzenie na czterech literach. Nicnierobienie to nicnierobienie. A tam, gdzie jest brak ruchu, tam nic się nie dzieje. Nic się nie zmienia. Nic się nie wydarza. Cuda też nie. Siedząc w miejscu można jedynie czekać na Beckettowskiego Godota. Bo nawet jeśli jakieś szanse, propozycje i okazje w cudowny sposób spadną nam z nieba (co faktycznie czasem się zdarza), to istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że w tym stanie umysłu albo ich nie dostrzeżemy, albo nie udźwigniemy, albo nie będziemy umieli z nich skorzystać.

Okazuje się, że w tym całym odpuszczaniu chodzi o coś zupełnie innego – o PUSZCZENIE KONTROLI TAM, GDZIE JEJ NIE MAMY. Najlepiej zilustruje to znana w każdym niemal kręgu kulturowym metafora sadzenia nasion, którą i ja się tu posłużę.

Przyjmijmy, że nasiona to nasze cele, marzenia, pragnienia czyli rzeczone intencje. I tak jak każde pojedyncze nasionko ma w sobie potencjał, aby stać się drzewem, kwiatem czy wydać owoce, tak i nasze intencje (cele, plany i marzenia) mogą się urzeczywistnić, czyli zamanifestować w realnym świecie dając wyraz naszym talentom i pasjom. Ale potencjał to nie wszystko. Nasionko na zawsze pozostanie nasionkiem, intencja intencją, cel celem, plan planem, a marzenie marzeniem, jeśli nie stworzymy im ODPOWIEDNICH WARUNKÓW do wzrostu.

To jest właśnie moment, w którym wkraczamy do akcji, cali na biało. Z tym, że oprócz medytacyjnego czy modlitewnego uniesienia, niezłomnej wiary w sukces, dobrych chęci, hurra optymizmu i nadziei na przyszłość musimy pamiętać, aby zabrać ze sobą kalosze, rękawice, grabie, motykę i łopatę. Gołymi rękami – dosłownie i w przenośni – wiele bowiem nie zdziałamy.

A mamy co robić.

Najpierw musimy się odpowiednio przygotować. Jest to etap kiedy pielęgnujemy i rozwijamy potrzebne umiejętności, doskonalimy swój warsztat, zdobywamy wiedzę, wzmacniamy się mentalnie i emocjonalnie oraz planujemy konkretne działania. Jednocześnie sprawdzamy jak planowane zmiany wpłyną na pozostałe obszary naszego funkcjonowania. Przypomina to wygospodarowywanie przestrzeni oraz przekopywanie, oczyszczanie i użyźnianie gleby przeznaczonej pod naszą uprawę.

Następnie, musimy umiejscowić nasze działania w czasie. Nasze marzenie, cel, intencja, podobnie jak każde nasionko, musi trafić do gleby w odpowiednim momencie – ani za wcześnie, ani za późno. Czasem trudno to stwierdzić, szczególnie, że powodów do prokrastynacji znajdzie się tysiąc, a umysł doskonale pomoże nam je zracjonalizować. Warto wiedzieć, że jedną z największych blokad, która może się na tym etapie pojawić jest strach przed zmianą (więcej na ten temat napisałam tutaj). Dobrze pamiętać, że to zdrowy i normalny odruch, naturalny w tego typu sytuacjach. I można z nim pracować.

Tak czy owak, wreszcie przychodzi moment, w którym drżącą ręką wciskamy enter, publikujemy post, wysyłamy email czy jakkolwiek obwieszczamy światu o naszych zamiarach. W ten oto sposób nasze nasionko – intencja, cel, marzenie – zostają umieszczone w glebie. Co potem? Tworzymy optymalne warunki by mogły wzrastać. Dla nasionka będzie to odpowiednia ilość światła, nawozu i wody. Dla naszych celów – wytrwała, systematyczna i rzetelna praca.  

Warto uzbroić się w cierpliwość. W naturze wszystko potrzebuje czasu. Dużo czasu. Żadna pożyteczna roślina nie wyrasta z ziemi z dnia na dzień. Z mojego skromnego doświadczenia wynika, że z dnia na dzień (w sposób niemalże magiczny) materializują się jedynie chwasty.

Tymi chwastami mogą być nasze wątpliwości, lęk, gniew, wstyd, poczucie winy, lenistwo, perfekcjonizm oraz ograniczające przekonania typu: „Nie uda mi się”, „Nie zasługuję na to”, „To bez sensu”, „Nie dam rady”, „Nie potrafię”, „Powinno być szybciej”, „Inni robią to lepiej”, „Jestem niewystarczająco dobry, kompetentny, przygotowany, gotowy, zdolny, mądry, przebojowy, itp., itd.”.

Warto być uważnym i w porę tego rodzaju komunikaty wychwycić. Bo tak jak chwasty zabierają roślinom miejsce, światło, wodę i składniki odżywcze, a do tego rozprzestrzeniają się w zastraszającym tempie, tak i niektóre nasze myśli i emocje, pozostawione same sobie, są w stanie całkowicie zagłuszyć wiarę i nadzieję płynące z głębi naszych serc. Chwasty się wyrywa. I to z korzeniami. Im szybciej, tym lepiej. Jeśli nie potrafimy poradzić sobie z tym sami, sięgnijmy po pomoc ekspertów.

Tu też kończy się strefa naszych wpływów. To jak szybko, w jakim kształcie i formacie nasze marzenie, cel, intencja zmaterializują się w realnym świecie, nie zależy już od nas. To jest chyba ten moment, w którym musimy odpuścić i zdać się na Siły Natury, Wszechświat, Boga, Energię Kosmiczną czy Wyższą Inteligencję (nazewnictwo dowolne) i pozwolić im/mu/jej działać.

Tym bardziej, że nie wszystko jesteśmy w stanie przewidzieć. Może się bowiem zdarzyć, że pomimo, iż zrobimy wszystko, co do nas należy i jak należy, coś stanie nam na drodze albo pójdzie nie tak. Ktoś może wystawić nas do wiatru, albo się spóźnić, albo nam zaszkodzić, albo nas odrzucić, albo dać nam w pysk.

To są czynniki zewnętrzne, na które również nie mamy wpływu. Tak, jak nie jesteśmy w stanie kontrolować pogody (upałów, suszy, wiatrów, powodzi czy przymrozków), tak nie jesteśmy w stanie kontrolować tego, co przyniesie nam życie. A ponieważ nie jesteśmy w stanie tego kontrolować, jedyne co możemy zrobić to znów – odpuścić i zdać się na Siły Natury, Wszechświat, Boga, Energię Kosmiczną czy Wyższą Inteligencję i zaufać, że nie zginiemy. I robić swoje. Bo choć na to co nas spotyka, nie mamy wpływu, mamy wpływ na to, jak zareagujemy – przekonuje ocalała z Holocaustu dr Edith Eger. (Więcej na ten temat przeczytasz tutaj.)

Lady Gaga ujęła to w ten sposób: „Pasja idzie w parze z dyscypliną. Jeśli masz marzenie, walcz o nie i nigdy się nie poddawaj. Liczy się nie to, ile razy ci się nie uda, ile razy upadniesz czy zostaniesz odrzucony, ale ile razy wstaniesz i będziesz próbować dalej”[2]. Warto nadmienić, że wypowiedziała te słowa odbierając statuetkę Oskara za piosenkę „Shallow”.

Z tego co wiem, pierwszą książkę J.K. Rowling pt.: „Harry Potter i kamień filozoficzny” odrzuciło kilkanaście wydawnictw zanim trafiła do druku i stała się hitem wszechczasów. Podobnie było z pierwszym bestsellerem wspomnianego wyżej Robina Sharmy. I wcale nie są to odosobnione przypadki.

Jim Carrey również nie otrzymał czeku na 10 milionów dolarów tylko dlatego, że w uniesieniu wpatrywał się w niebo nad Mulholland Drive, wytrwale wizualizował swoją przyszłość i niezłomnie wierzył, że mu się uda. To był, być może, niezbędny, ale pierwszy element dłuższego procesu. Jego potencjał i jego pragnienia – jak sam mówi – mogły się urzeczywistnić, ponieważ zrobił to, co do niego należało. Przez trzy lata regularnie stawiał się na castingi, grał podrzędne role, rozwijał aktorski warsztat i nie ustawał w swoich dążeniach nawet wtedy, gdy życie dawało mu popalić. Swoją niestrudzoną pracą, determinacją, wytrwałością i wiarą stworzył ODPOWIEDNIE WARUNKI, aby ktoś mógł wreszcie go zauważyć, docenić i dać angaż za wymarzone 10 milionów dolarów. Jak wiemy, na „Głupim i głupszym” się nie skończyło. To był dopiero początek.

Bo Wszechświat, zaraz po tym, jak otworzy jedne drzwi, lubi otwierać kolejne. Tak już ma.


[1] https://www.youtube.com/watch?v=nPU5bjzLZX0

[2] https://www.youtube.com/watch?v=G2lysk2YXXM

Przeczytaj także

Wypaleni.
Okiełznać stres. Aktualizacja systemu przetrwania w 10 prostych krokach. (+ AUDIO)
Żałoba. Jak opłakać ból po stracie i okryć się ciepłym szalem samowspółczucia. (+ AUDIO)